TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Pisanki, kraszanki, śmigus-dyngus i… gra w kości

Pisanki, kraszanki, śmigus-dyngus i… gra w kości Data publikacji: 2021-04-01

Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Elżbietą Romanowską i Jakubem Wieczorkiem.

Oboje należycie do grona najbardziej tajemniczych artystów w Polsce i dozujecie informacje na temat swojego życia prywatnego. To przemyślana strategia?

Elżbieta Romanowska: To nie jest tak, że chcę być spektakularnie tajemnicza. Po prostu nie czuję potrzeby, by publicznie ujawniać swoje sekrety i każdego dnia zamieszczać na Instagramie relację z tego, co akurat robię. Z przyjemnością dzielę się newsami zawodowymi czy zdjęciami z podróży, ale nie muszę i nie chcę pokazywać wszystkiego! Skupiam się na pracy i na tym, co w moim życiu jest naprawdę istotne.

Mam taki zawód, jaki mam, i zdaję sobie sprawę, że to, że występuję w telewizji, sprawia, że ludzie mogą się mną interesować. Portalom plotkarskim zdarza się wymyślać sensacje na mój temat, bo to się podobno „klika”. Czy to mnie drażni? Raczej śmieszy, ale tylko do momentu, kiedy wyssane z palca rewelacje nie krzywdzą bliskich mi osób.

Jakub Wieczorek: Sprawy prywatne, zgodnie z ich definicją, należy zatrzymywać dla siebie i swoich najbliższych. Sam nie mam w zwyczaju interesować się życiem osobistym innych i nie wydaje mi się, by moja prywatność była na tyle ciekawa, by ktoś poświęcał jej swój czas i uwagę (śmiech). Nigdy nie robię sekretu z tego, że w moim życiu najważniejsze są trzy kobiety: wymarzona ukochana, prawie 15-letnia córka Zosia oraz mama.

Eli, której media plotkarskie depczą po piętach, udało się przez pół roku utrzymać w tajemnicy informację o swoich zaręczynach! Gratuluję, bo to nie lada wyczyn!

E.R.: Bardzo dziękuję! O naszych zaręczynach wiedzieli tylko najbliżsi członkowie rodziny oraz przyjaciele. Rzeczywiście, dopiero pół roku później, przy okazji tegorocznych Walentynek, zdecydowaliśmy się podzielić tą informacją z moimi fanami. Zrobiliśmy to w wybranym przez nas momencie i na własnych warunkach.

Wnioskuję, że paparazzi nie mogą liczyć na zaproszenie na Wasz ślub?

E.R.: – Na pewno nie (śmiech!)

Wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc. Już po raz drugi przyjdzie nam ją obchodzić pod znakiem pandemii. Czy to wiele zmieni w sposobie spędzania świąt w Waszych domach?

J.W.: Zdecydowanie tak! Jak słyszymy, wzrasta liczba zachorowań i zalecenia specjalistów są takie, że należy wstrzymać się od wyjazdów i spotkań w dużym gronie. Dlatego tegoroczną Wielkanoc spędzę tylko z najbliższymi osobami w swoim domowym zaciszu. Będzie bardzo kameralnie, ale mam nadzieję, że miło spędzimy ten świąteczny czas.

E.R.: To się dopiero okaże! Mówię to z perspektywy poprzedniej Wielkanocy, którą pierwszy raz w życiu przyszło mi przeżyć bez rodziców. Zachorowałam wtedy, co prawda nie na koronawirusa, ale tego jeszcze nie wiedziałam, więc nie chciałam ryzykować i narażać najbliższych. Pojawiła się wielka niepewność, do tego wprowadzono ograniczenia w przemieszczaniu się i właściwie niewiele było wiadomo o COVID-19. Dziś wiemy już zdecydowanie więcej i możemy choćby poddać się testowi na koronawirusa. Rok temu nie były one tak dostępne jak teraz.  

Tę Wielkanoc na pewno spędzę z rodzicami, którzy jesienią przenieśli się ze Szczecina do Milanówka, oraz z narzeczonym Pawłem i jego mamą. Pod znakiem zapytania stoi jeszcze przyjazd mojego chrzestnego z rodziną. Oni mieszkają w Bydgoszczy, więc pandemia może pokrzyżować nam szyki. Oby nie!

Jesteście tradycjonalistami i kultywujecie zwyczaje wielkanocne?

J.W.: – W pierwszym odruchu odpowiedziałbym, że nie, ale po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w 70 procentach jednak tak (śmiech). Symbolikę tych świąt, kulturę i zwyczaje darzę wielkim szacunkiem. Farbowanie jajek w łupinach cebuli, malowanie pisanek, robienie kraszanek oraz pieczenie bab musi być! Przygotowywanie święconki to mistyczny moment.

Mamy też zwyczaj ukrywania jajek po całym domu, a odnalezienie ich zwykle wiąże się z otrzymaniem symbolicznej nagrody. U nas w Kaliszu, skąd pochodzę, wielkanocny podarunek nazywa się zajączkiem. Ale nie on jest najważniejszy w tej zabawie. Najcenniejsza jest radość z odnalezienia jajka.

Moje niezapomniane wspomnienia wielkanocne dotyczą śmigusa-dyngusa. Jako nastolatek w lany poniedziałek umawiałem się z kolegami o szóstej rano pod blokiem. Wszyscy zjawialiśmy się uzbrojeni w butelki i wiadra, po czym opracowywaliśmy osiedlową mapę dostępnych kranów z wodą, by móc na bieżąco uzupełniać jej zapasy. Pamiętam, że chodziliśmy lać się wodą nawet ze strażakami. Któryś z kolegów wywoływał panów przez okno, do środka leciała do nich woda z wiader, a oni wyjeżdżali wozem strażackim i urządzali nam prawdziwe lanie. Do końca życia nie zapomnę śmigusa-dyngusa, kiedy po akcji ze strażakami przemoczeni do suchej nitki wylądowaliśmy jeszcze z kolegami w stawie.  

E. R.: Niezmiennie mogę zadeklarować przywiązanie do tradycji i wartości rodzinnych. W tej szalonej i zabieganej codzienności szczególnie cenię możliwość spędzenia czasu z najbliższymi i wspólne biesiadowanie. Obowiązkowo każdy bez względu na wiek musi dostać zajączka w postaci jakiegoś drobiazgu.

Przez lata wypracowaliśmy też własną świąteczną tradycję, a jest nią… gra w kości (śmiech). W Boże Narodzenie nie udało mi się wygrać, więc może w Wielkanoc? Zawsze powtarzam, że przegrana w takim gronie jest ogromną przyjemnością.

Jakich dań nie może zabraknąć na wielkanocnym stole?

E.R.: Dla mnie żurek, biała kiełbasa i jajeczko to totalna podstawa. Żadne święta nie mogą się u nas obejść bez wybitnego sernika mojej mamy. Nie jesteśmy fanami mazurka. Za to żeńska część rodziny mojego chrzestnego specjalizuje się w niezrównanym przekładańcu złożonym z wafli i kajmaku. Dekorują go w bajeczny sposób.

J.W.: Wielkanoc kojarzy mi się z żurem, który robiła moja babcia. Do niego obowiązkowo biała i czerwona kiełbasa. Musi być sernik (podobnie jak Ela jestem jego entuzjastą i dałbym się za niego pokroić!).

Z badań opinii publicznej wynika, że Aldona i Borys, w których wcielacie się w „Barwach szczęścia”, należą do najbardziej lubianych bohaterów serialu.

E.R.: Jak miło! Pięknie dziękujemy!

J.W.: Wcale mnie to nie dziwi (śmiech)! Mówiąc poważnie, odbieram to jako największy komplement od widzów, dla których przecież pracujemy.

Ostatnio widzowie towarzyszyli Grzelakom w przeżywaniu osobistej tragedii, jaką był pożar. Czy uda się im wyjść na prostą?

J.W.: Szczegółów nie możemy ujawnić, ale pamiętajmy, że nasz serial nosi tytuł „Barwy szczęścia”. Jak to w życiu bywa, los nam rzuca kłody pod nogi, ale podnosimy się silniejsi, mądrzejsi o doświadczenia i umocnieni w uczuciach. Proszę się nie obawiać.

E.R.: Zachęcamy do oglądania serialu i zapewniamy, że warto poczekać na rozwój wydarzeń. Emocji nie zabraknie. Przesłanie tragedii, jaka spotkała Grzelaków, będzie pozytywne, acz nietypowe. Aldona z Borysem mieliby sobie nie poradzić? Jak nie oni, to kto? Toż to superbohaterowie, tylko peleryn im brakuje (śmiech)! Mówiąc już całkiem serio, zawsze udaje im się podźwignąć.

Korzystając z okazji, wszystkim Widzom i Czytelnikom życzymy pięknej i radosnej Wielkanocy, spędzonej w otoczeniu bliskich.

Rozmawiała: Karolina Borowa

REKLAMA